Bł. Rodzina Ulmów
„W przedwojennej Polsce niemal w każdej miejscowości żyli obok siebie ludzie różnej nacji i religii. Najczęściej sąsiadowali ze sobą Polacy i Żydzi, którzy zazwyczaj żyli obok siebie w zgodzie, współpracy, a nawet przyjaźni. Wojna zmieniła rzeczywistość dobrosąsiedzkiej symbiozy, z Żydów uczyniła pokolenie skazane na eksterminację, a kolejne rozporządzenia niemieckiego okupanta, dotyczące egzystencji przedstawicieli narodu wybranego, można uznać jako zaciskanie pętli na szyi. Nadto na okupowanych ziemiach Polski, w odróżnieniu od wielu innych krajów, Niemcy wydali rozporządzenie, że wszelka pomoc i ukrywanie Żydów będzie karane śmiercią. Małopolska wieś Markowa, podobnie jak wiele innych miejscowości, stała się areną wydarzeń, które odsłoniły dwa przeciwstawne i różne krańce ludzkich postaw i zachowań; od bohaterstwa, altruizmu i poświęcenia życia, po zdradę lub obojętność wobec losu prześladowanych ludzi.
W Markowej, skąd pochodzili oboje Ulmowie [Józef i Wiktoria], żyło około dwudziestu rodzin żydowskich. Jedna z nich nawet blisko sąsiadowała z Ulmami. Kiedy od 1942 roku dla Żydów zaczęła się droga przez mękę, wielu z nich szukało schronienia u znajomych. Pewnego dnia, prawdopodobnie pod koniec 1942 roku, do skromnego domu Józefa i Wiktorii zapukały, prosząc o schronienie – najpierw córki pochodzącego z Markowej Chaima Goldmana (Lea Didner z córeczką i Gołda Griinfeld), potem uciekający z Łańcuta Saul Goldman ze swoimi czterema synami, którzy w mieście zwani byli Szallami – razem osiem osób...
W tamtej chwili tym, co najbardziej wzruszyło serce Józefa – w tej jakże trudnej, wręcz tragicznej sytuacji – było wspomnienie wspólnych dziecinnych lat, a także bliskiej zażyłości, wyrażone teraz bardziej postawą i oczami, niż jakimkolwiek innym argumentem...
Dwa słowa: Józek! Ratuj... stały się dla Ulmy jak sakramentalne credo... Oczekiwanie na progu, które w rzeczywistości trwało krótką chwilę, dla nich obu było jakby stąpnięciem w wieczność. Czas przestał istnieć, paragrafy wojenne na tę chwilę zostały zawieszone i przestały obowiązywać, a religia – dzielić... Zwyczajnie i po prostu – człowiek stał przed człowiekiem z taką błagalną nadzieją i determinacją w oczach – że świat niejako zamknął się i ograniczył do tego jednego spojrzenia.
Obydwaj stanęli na krawędzi. Za nimi i przed nimi otwierała się przepaść. W tej chwili Józefowi wydawało się, że trzyma w ręku linę, która jest lub może być jedyną pomocą i ratunkiem od nieszczęścia, jakie zagraża nieprzytomnym z lęku o życie ludziom... Stał spokojnie. I nagle, jakby ktoś podsunął mu przed oczy czytany niedawno fragment Ewangelii o miłosiernym Samarytaninie. Wprawdzie próg jego domu nie był drogą ku Jerozolimie, ale człowiek stojący przed nim ma tam swoje korzenie...
Teraz nadeszła moja godzina – pomyślał Józef – i w tej samej chwili gestem wyciągniętej dłoni wskazał wnętrze swojego domu. – Wejdź! – usłyszał swój głos – Gość w dom, Bóg w dom. W ułamku sekundy Saul pochylił się ku tej wyciągniętej ręce, skłonił się nisko i pocałował chłopską, spracowaną rękę Józefa, wymawiając niezliczoną ilość razy dwa słowa: Dziękuję. Szalom... Gospodarz zmieszał się mocno i wyrywając ściśniętą dłoń, wziął sąsiada w ramiona... W tym zwykłym ludzkim i bratnim uścisku poczuł radość i niepokój zarazem, jak powiedzenie znane współcześnie: dwa w jednym.
– Co ma być, to będzie – powiedziała Wiktoria – i poszła wstawić wodę na herbatę, aby pod dachem swego domu przyjąć gości, którzy odtąd będą domownikami.
W ten oto sposób – los Polaków i Żydów, jako katolików i wyznawców judaizmu, Starszych Braci w wierze – na tym etapie historii zostały złączone. Czas pokazał, że odtąd na zawsze...
Od pamiętnej chwili życie rodziny Ulmów nie płynęło już tak samo, jak dawniej. Przyjęci pod dach, ukrywający się Szallowie i Goldmanowie, urządzili na strychu kryjówkę, ściągając nieco ubrań, mebli i przedmiotów codziennego użytku. Na ile było to tylko możliwe, pomagali w pracach domowych i w gospodarstwie, ale zawsze z zachowaniem koniecznej ostrożności wobec innych.
Faktem bezspornym jest to, że Ulmowie nie byli jedyną rodziną w Markowej, która przechowywała Żydów. Nie wszyscy zginęli. Do końca okupacji w chłopskich chatach, dzięki pomocy odważnych Polaków, dwudziestu jeden Żydów przeżyło i zostało uratowanych! W różnych kryjówkach przeżyli swoje, chyba najtrudniejsze chwile w życiu. Jednakże wokół całej tak delikatnej sprawy panowało – w rodzinach, we wsi i w okolicy – zgodne milczenie. Jedynie od czasu do czasu – z ust życzliwego sąsiada musiało paść takie oto pytanie: czy wiecie, na co się narażacie? Przecież Niemcy tylko czekają na wytropienie okazji, żeby dokonać egzekucji, tak na Żydach jak i Polakach... Do Ulmów przychodziły też pisemne ostrzeżenia: Usuńcie tych Żydów, bo...
Józef i Wiktoria niejeden raz rozmawiali i dyskutowali nad bezpieczeństwem własnej rodziny i tych, których przyjęli pod swój dach. Ilekroć obawa zdawała się brać górę nad zaufaniem do Opatrzności, małżonkowie sięgali po Nowy Testament, by kolejny raz odczytać 10. rozdział Ewangelii św. Łukasza: Przykazanie Miłości – Miłosierny Samarytanin.
O ukrywaniu Żydów przez rodzinę Ulmów doniósł Niemcom prawdopodobnie Włodzimierz Leś – granatowy policjant z Łańcuta. Żydzi, którzy znaleźli schronienie w domu Ulmów, również pochodzili z Łańcuta. Chodzi o Szallów, czyli Saula Goldmana i jego czterech synów. Kiedy Niemcy rozpoczęli zdecydowaną walkę z Żydami, Saul Goldman, kupiec z Łańcuta zaczął szukać schronienia dla siebie i swoich synów. Przyobiecał mu taką Włodzimierz Leś, posterunkowy granatowej policji w Łańcucie. Ale nie była to pomoc bezinteresowna, ponieważ Goldmanowie za przysługę oddali mu swoje dobra... Niestety, jak to bywa ze zdrajcami, gdy tylko Goldmanowie przekazali mu dobra, posterunkowy niedługo potem kazał im opuścić kryjówkę. Po prostu wyrzucił ich na bruk. Odeszli z Łańcuta i najprawdopodobniej od tamtego czasu znaleźli schronienie w domu Ulmów.
Wiosna 1944 roku wyraźnie wskazywała, że powoli kończy się niemieckie panowanie na okupowanych ziemiach. Być może Goldmanowie zwracali się do Lesia o wsparcie czy zwrot majątku, na co jako człowiek zaborczy i chciwy nie chciał ani przystać, ani zwrócić łatwo zdobytego bogactwa. Kiedy więc Saul prosił o zwrot majątku – a wiadomym było, że Niemcy za pomoc i ukrywanie Żydów karali Polaków karą śmierci – to właśnie wtedy mogła powstać w nim myśl o zdradzie. Jednak pokusa pochodząca z chciwości stała się bezpośrednim powodem, dla którego granatowy policjant z Łańcuta postanowił zdradzić Niemcom kryjówkę znajomych Żydów...
Kilka dni przed tragedią granatowy policjant osobiście przyszedł do domu Józefa Ulmy – aby pod pozorem zrobienia zdjęcia potrzebnego do dokumentów – rozejrzeć się po domu i potwierdzić swoje podejrzenia.
Włodzimierz Leś uzyskał potrzebne informacje. Podejrzenia okazały się prawdziwe, a na skutek nie trzeba było długo czekać. Niebawem niemieccy żandarmi i granatowa policja zjawili się na wskazanym miejscu i dokonali egzekucji... Jedną zdradę granatowego policjanta przypłaciło życiem siedemnaście osób, w tym ośmioro dzieci...” (M. E. Szulikowska, Markowskie bociany. Opowieść o bohaterskiej Rodzinie Wiktorii i Józefa Ulmów, Przemyśl 2023, s. 81–93).











